Czy w wielkim L znajdzie się ktoś, kto będzie mnie witał entuzjastycznie i przy każdym spotkaniu raczył komplementami wykrzykiwanymi przez cala szerokość ulicy? Na ławce pod naszym nowym domem rezyduje na pełen etat postać (o niezidentyfikowanej dotąd płci) okutana w zółty szalik i dziwny płaszcz. Daleko jej do mojego radosnego Okularnika z Hemel.
Nie wiem, czy uda nam się zostać przyjaciółmi.
Przez te 3 lata wrosłam w małomiasteczkowy świat. Lubie wymieniać się muzyka z kierowca busu T2, lubię moich „best friends” z autobusu, którzy na ogół opowiadają mi o swoich wnukach albo o swoich chorobach, albo o samotności. I przyjaciół z tesco, zwłaszcza Panów Ochroniarzy. I naszego Pana z Poczty, którego jeszcze nigdy po godzinach urzędowania nie widziałam trzeźwego. I moich harcerzy, mimo ich miękkobułowatości tez bardzo lubię. Naszej Wrednej Sąsiadki od Żółwi brakować mi nie będzie, ale już uroczych smalltalkow z jej tatą tak.
I Collina z siłki (mimo, ze na siłce się już chyba z pół roku nie pojawiłam). I monologów Pana Hindusa z jedynego w okolicy biura sklepu w którym nie oszukują białych ludzi. I dziwnego poczucia humoru Pana z punktu xero- nigdy nie wiem z czego tak naprawdę się śmiejemy, wiec zawsze się na wszelki wypadek szeroko uśmiecham i na wszystko zgadzam. Taki lokalny folklor.
I moich kolegów z pracy tez mimo wszystko troszkę smutno żegnać.
Oczywiście z wyprowadzki ciesze się tak bardzo, ze aż nie da się tego opisać!
Tańczyć mi się chce i skakać i śpiewać – Berko mam serdecznie dość.
Ale jak pomyślę o tych wszystkich sympatycznych ludziach z którymi się mijam codziennie i o tym, ze za 2 dni zniknę z tego świata, to jednak smutno odrobinkę.
Może gdybyśmy uczciwie dali szansę „wiejskiemu” życiu, to moglibyśmy tu być szczęśliwi: w tym odrealnionym, trochę sztucznym ale jednak życzliwym i bezpiecznym środowisku?
Pewnie nie. Jesteśmy z miasta, i to bardzo! I tęsknilibyśmy zawsze do ludzi w naszym wieku. I do morza możliwości ograniczonego tylko względami finansowymi, niczym innym. Do kin, muzeów, imprez i koncertów parę metrów od nas.
Bosko będzie wrócić do życia.
Nie uznaję tego czasu w Berko za zupełnie stracony, to były trzy lata życia bez stresu, bez hałasu, pospiechu i spalin. Teraz oczywiście powrót do miejskiego życia jest tym bardziej szokujący. Cubius ręce załamuje: że pod samochód wpadnę, że mi pierwszego dnia portfel ukradną, że zdziczałam zupełnie. I ma racje :)
A ja ze zdziwieniem odnotowuje, że życie w małym miasteczku ma jednak pewne aspekty których brakować mi będzie.
Coś się pozmieniało :)
Może na emeryturze tu wrócimy…?
Podziwiam niezachwianą, notorycznie ocierającą się o ignorancje, pewność siebie Brytyjczyków, z którymi zdarza mi się pracować. Wszystko czego nie znają, odbierają jako niegroźne lokalne wymysły, które ja, pocieszne dziecko z europy wschodniej, próbuję nieświadomie stosować na ich terenie.
- Is that how you do it in Poland?
- No, that’s the way we do it NOWADAYS [you ..... old prick]!!!!!!
Czy mój obecny zwierzchnik tak reaguje, dlatego ze jestem Polka?
Dlatego, ze nie jestem Brytyjka?
Czy dlatego ze jestem kobieta?
A może dlatego ze mentalnie on wciąż żyje pod rządami królowej Wiktorii?
Czy (stosunkowo) młoda kobieta- Polka, mająca obiektywnie rację, ma jakakolwiek szanse w konfrontacji z angielskim dżentelmenem?
Jak wyjaśnić Brytyjczykowi ze pytanie „Is that how you do it in Poland?” jest wysoce obraźliwe?
Odwykłam od dziwnych ludzi, odwykłam od konfliktów. I od bycia podwładnym.
Ale mimo wszystko fajnie jest w dużym biurze.
Kilka faktów na temat jazdy samochodem w UK.
- W kraju, gdzie przez większość czasu pada, siąpi lub leje, a chmury tygodniami wiszą nisko nad ziemią, nie ma obowiązku jazdy na światłach. Wszyscy oczywiście jeżdżą szarymi, srebrnymi albo czarnymi samochodami, które świetnie zlewają się z tłem.
- Nie ma obowiązku wożenia ze sobą dokumentów – nie trzeba mieć dowodu ubezpieczenia, prawa jazdy. Oczywiście lepiej mieć coś – rozsądnie jest wozić prawo jazdy, w razie co ułatwia to procedury, ale obowiązku nie ma. Jak coś się stanie to przecież można donieść na najbliższy komisariat w ciągu 7 dni i spiszą sobie co trzeba.
- Nie trzeba wozić apteczki, kamizelek, trójkątów, koców i innych rzeczy wymaganych w cywilizowanych krajach kontynentu. W momencie wyjazdu za granicę Anglicy sprawdzają w internecie co jest wymagane i kupują pakiet na odpowiednie kraje Europy.
- Nie trzeba zmieniać opon na zimowe – w ogóle coś takiego jak zimówki dopiero pojawia się na południu w sklepach w osobnych działach. Domyślam się, że na północy, w Szkocji gdzie wiedzą co to śnieg zmiana opon jest oczywista, ale to inny kraj.
Więc co trzeba? Kupić samochód, spełnić wymagania dotyczące prawa jazdy dla obcokrajowców – w zależności od kraju pochodzenia – opłacić podatek drogowy i ubezpieczenie. Podatek płaci się w zależności od emisji dwutlenku węgla samochodu do ?460 rocznie. Jeżeli mamy nowy wóz, który prawie nie ma silnika i emisja jest poniżej 100g/km podatku nie płacimy (no nie MY konkretnie, my płacimy i to słono).
Jeśli Bóg nienawidzi Times New Roman, to jaki ma stosunek do Romans?
